Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

Second Time in England

Tym razem mój pobyt w Wielkiej Brytanii łączył się z nauczanym przeze mnie przedmiotem. Nasz projekt zakładał wyjazd metodyczny prowadzony w języku obcym.

Mój kolejny dziennik podróży.

Sobota

Dziś już jestem w Worcester. Moja podróż do tego miejsca prowadziła przez Londyn, z czego ogromnie się ucieszyłam. Mogłam znów, choć na chwilę, zaczerpnąć londyńskiego klimatu. To bardzo fascynujące miejsce. Wyleciałam więc z Pyrzowic. Żegnało mnie piękne słońce. Lot o czasie bez dodatkowych napięć. Na Stansted wylądowałam i czekając w dłuższej kolejce do odprawy zastanawiałam się, czy tym razem zdąrzę na autobus do centrum. Byłam bogatsza o doświadczenie, wiedziałam gdzie udać się na przystanek. Szybko trafiłam do autobusu. Na dworze przyjemnie, tuż po opadach deszczu. Czyżby tym razem czekała na mnie „angielska pogoda”? Tym razem zabukowałam bilet na Paddington. Dworzec kolejowy jest w tym samym miejscu. Trzeba było jeszcze zmienić rezerwację na bilet i trafić do odpowiedniego pociągu. Wszystko to w Anglii jest proste. Pan w informacji poinformował mnie, w którym automacie mam to zrobić. Informacje w automacie nawet po polsku wyjaśniły, jak to zrobić. Z biletem w ręku poszłam zorientować się gdzie i o której jest pociąg. Ogromne tablice informują czy pociąg jest o czasie. Siadasz i czekasz aż informacja o twoim pociągu ukaże się na wyświetlaczu. Czekając spokojnie mogłam zjeść londyńskie kanapki i jak ukazała się informacja, na około 15 minut przed odjazdem, udać się na peron. Na bileciku numer wagonu i siedzenia. W środku na siedzeniu karteczka, że tu jest rezerwacja. Podróż trwała około 2 godzin, więc jeszcze poczytałam polskie czasopisma. Choć trochę podsłuchiwałam rozmowę młodej Amerykanki z panią z Anglii. Zdecydowanie prościej było mi zrozumieć panią mówiącą po angielsku. W pociągu niestety chłodno. Na dworze zaczął padać deszcz. Tym razem więc angielska pogoda. Na miejsce dotarliśmy z opóźnieniem i niestety nikt na mnie nie czekał. Na szczęście miałam numer do pani, która miała być moją „opiekunką”. Odebrała i obiecała, że za kilka minut będzie. Tak się stało. Była to bardzo uprzejma pani. Po kilku minutach dotarłyśmy do jej dużego domu. Ugościła mnie herbatą, bez mleka i cukru, oraz termoforem. Świetny pomysł. Trochę oprowadziła i zapoznała z domownikami. Prócz mnie gościła tam Niemka na szkolnej wymianie. No i dwójka własnych dzieci gospodyni. Trochę pogawędziłyśmy i po wypiciu herbaty udałam się na piętro do mojego tymczasowego pokoju. Poszłam spać z termoforem, było dość chłodno. Zobaczę jaka pogoda tym razem będzie na „wyspach”.

Niedziela

Dziś już pierwszy dzień kursu. Nietypowo zaczynamy w niedzielę. Trzeba wcześniej trafić na miejsce zbiórki, co w tym niewielkim miasteczku, nie powinno być trudne.

W nowym miejscu spałam dobrze z termoforem.Wstałam wcześnie i po porannej toalecie udałam się do jadalni na śniadanie. Wybór produktów trochę odbiegał od tradycyjnego angielskiego śniadania. Samodzielnie przygotowałam sobie i zjadłam w samotności śniadanie, bo domownicy przy niedzieli pospali dłużej. Pogoda rano nie rozpieszczała – angielska. Dojście do miejsca zbiórki zajęło mi 15 minut spacerkiem z mapą przygotowaną przez gospodynię. Na miejscu zbiórki Forgata Stadion spotkałam się z kolegami z pracy, Anią i Krzysiem. Oni przyjechali tu na kurs dla matematyków. Obie nasze grupy udały się pociągiem na wycieczkę do Great Malvern. Wchodziliśmy na wzgórza przy bardzo wietrznej pogodzie. Na szczycie mglisto, ale mnie się bardzo wycieczka podobała. Po jakimś czasie pogoda zmieniła się i zdecydowanie się ociepliło. Niestety niewiele posługiwałam się angielskim, bo dużą cześć dnia spędziłam w towarzystwie Polaków. Po powrocie do Worcester jeszcze trochę pospacerowaliśmy poznając centrum miasta i późnym popołudniem wróciłam do domu. Tutaj wszyscy mówią po angielsku, więc przy kolacji, jak na mój gust mało angielskiej, trochę poćwiczyłam język. Kolacja bardzo dobra, Kabbie, gospodyni, jest też wegetarianką, więc gotuje warzywnie. Do kolacji wino, więc na bogato. Pierwszy dzień udany. Spacer i trochę wysiłku na świeżym powietrzu bardzo mi odpowiadały. Zapomniałam dodać, że drugie śniadanie przygotowane przez Kabbie, było większe niż to, które sama sobie przygotowuję w Polsce, a robię duże. Dostałam nawet wodę w bidonie, oprócz tego kanapka, ser, gruszka, jogurt, orzeszki, sok, batonik pełnoziarnisty. Taka angielska gościnność.

Poniedziałek

Pierwszy dzień zajęć. Bardzo długi i pracowity dzień. Trochę rano spraw organizacyjnych, potem już podzieliliśmy się na matematyków i wuefistów. Mieliśmy część teoretyczną z opiekunką naszej grupy, trochę ćwiczeń w parach i grupach. Twórczo i czasem zabawnie. Już dostaliśmy zadanie – podzielić się na grupy i przygotować lekcje wf na dowolny wybrany temat. Podzieliliśmy się na grupy błyskawicznie, co jest dość charakterystyczne dla wuefistów. No i ustaliliśmy, co kto robi. Grupy oczywiście mieszane. Mam Węgra, Francuza, Litwinkę i Estonkę w grupie. Przygotowaliśmy lekcję badmintona, a na koniec trochę stretchingu, czyli coś dla mnie. Już od razu wyłonił się lider grupy – Andreas z Węgier.

Po pracy umysłowej pobiegłam na lunch do tradycyjnej restauracyjki z menu lunchowym do wyboru. Kilka opcji, jakaś tradycyjnie z ziemniakiem. Potem w pośpiechu na miejsce zbiórki z przewodnikiem, który oprowadził nas po mieście. Trochę więcej udało nam się zobaczyć. Nawet sporo można byłoby pozwiedzać. Potem jeszcze shopping. Mój kolega potrzebował kupić koszulę, bo w szkołach tutaj nauczycieli obowiązuje strój oficjalny. Zresztą dzieci i młodzież też chodzą w mundurkach. Potem szybkim krokiem na kolację. I znów powrót do centrum gdzie byliśmy umówieni z grupą w tradycyjnym angielskim pubie. Trochę po polsku, trochę po angielsku. Wieczorem powrót do domu ulicami miasta, jakoś całkiem bezpiecznie.

Wtorek

Pierwszy dzień w szkole. Pojechaliśmy grupą do Melvern Link. Zbiórka o godz. 8.00, poranek chłodny, ale bardzo słoneczny. Poranny spacerek świetna sprawa. Nie wiem, czy to dla mnie odmiana i dlatego miło, czy po prostu brak pośpiechu powoduje lepsze samopoczucie rano. O poranku samotne śniadanie, lunch na drogę. Po drodze poranna kawa w kawiarni i prawie punktualnie na dworcu.

Wizytowaliśmy secondary school, kilka lekcji i szkołę. Szkoła posiada 2 sale gimnastyczne, dużą i małą oraz siłownię dobrze doposażoną. Na mniejszej salce sprzęt do gimnastyki, jakiego jeszcze nie widziałam. Wpierw oglądaliśmy lekcję siatkówki, poziom umiejętności podstawowy, ale wszystkie dzieci grały, kilka boisk rozstawionych. Potem oglądaliśmy lekcję teoretyczną. Tak w angielskiej szkole są podręczniki, zeszyty i egzaminy z wychowania fizycznego. Potem wizytowaliśmy zajęcia na zewnątrz. Dwa duże boiska plus jedno mniejsze wokół szkoły. Potem lekcja gimnastyki na salce do gimnastyki, z wykorzystanie dostępnych przyrządów. Potem kilka klas brało udział w biegu na 1 kilometr. Na dworze było około 15 ◦ C i dzieciaki były na lekcji w krótkich spodenkach i T-shirt. Następnie dzieci oprowadzały nas po szkole. Najbardziej podobała mi się pracownia do zajęć kulinarnych. Były tez pracownie do nauki gry na instrumentach, świetnie wyposażone. Jeszcze jedną lekcję obserwowaliśmy, chłopaki miały lekcję tabaty oglądając ją na rzutniku. Bardzo intensywne zajęcia i moim zdaniem dość zaskakująco prowadzone. Mieliśmy oczywiście czas na lunch, tutaj obowiązkowo dla wszystkich. Widzieliśmy też pokój nauczycielski, super miejsce. Na koniec dnia obserwowaliśmy lekcję mini-bajsbola na jednym z zewnętrznych boisk.

Uwielbiam w Anglii czas na spokojny posiłek, w szkole czas na kawową przerwę i na lunch. Bez pośpiechu można odpocząć, zjeść i kontynuować naukę i pracę.
Spodobało mi się też, że teoria jest tu też ważna w nauczaniu wychowania fizycznego. Znów wrócę do moich dawnych planów. Edukacja zdrowotna jest równie ważna jak technika gier. W szkole tej bardzo mi się podobało. Dobry czas na integrację grupy.

Do domu na kolację wróciłam wieczorem. Przy kolacji pogadałam z Niemką, która jest tutaj na wymianie młodzieżowej. Potem wieczorna herbata w towarzystwie Kabbie. I wieczorem z termoforem udałam się do siebie na górę.

Środa

Dziś wizytowaliśmy 2 szkoły. Wpierw pojechaliśmy busikiem do Katolickiej Szkoły Średniej dla dziewcząt w Birmingham. Spotkaliśmy tam studentów z tutejszej uczelni kształcącej nauczycieli wf. Odbywali właśnie praktyki. W szkole oglądaliśmy 3 lekcje: siatkówki na sali gimnastycznej, tańca na auli i piłki nożnej na dworze. Zajęcia rozpoczynały się krótką rozgrzewką i trwały 50 minut. Dzieci przy wietrznej pogodzie wychodziły na zewnątrz. Dziewczynki w krótki rękawkach i spódnico-spodenkach wychodziły grać w piłkę nożną na boisku przyszkolnym. Po pokazach lekcji wspólnie ze studentami graliśmy w ciekawe innowacyjne zabawy. Na koniec studenci zaprezentowali nam taniec do współczesnej muzyki, którzy sami przygotowali kilka dni wcześniej.

Po lunchu wszyscy samochodami pojechaliśmy do szkoły podstawowej. Małej katolickiej szkółki, która kładzie duży nacisk na zajęcia wychowania fizycznego i edukację zdrowotną. Oglądaliśmy lekcję gier i zabaw, znów na zewnątrz. Na boisku przyszkolnym dzieci ćwiczyły, wszystkie przebrane w stroje sportowe. Oglądaliśmy też krótki przerywnik – ruchową przerwę, taniec dzieciaków na sali gimnastycznej. Nauczycielki wf uczyły dzieci krótkiego układu tanecznego.

Oglądaliśmy też szkołę. Dobrze wyposażone pracownie, przytulny pokój nauczycielski znów z aneksem kuchennym, fotelami i stolikami. Może i moje marzenia kiedyś uda się spełnić. Pokój nauczycielski nie jak pokój narad tylko przytulne pomieszczenie, gdzie można odpocząć. Oczywiście i baza sportowa jest znacznie lepsza od tej naszej. Sporo materacy, przyrządy gimnastyczne, piłki w dużej ilości.

Wróciliśmy z Birmingham popołudniem. Jeszcze zatrzymałam się na kawę w przytulnej kawiarni, gdzie sprawdzałam pocztę elektroniczną. Mam jakieś kłopoty z Internetem w miejscu zamieszkania.

Czwartek

Ciężki, długi dzień. Dziś znów poranny wyjazd do Birmingham. Znów pojechaliśmy do tej szkoły katolickiej, w której byliśmy wczoraj. Tym razem to my byliśmy uczniami i uczennicami i poddaliśmy się procesowi nauczania. Studenci z Wielkiej Brytanii próbowali nauczyć nas gry w bejsbola, golfa i rugby. Bardzo mi się podobało. Spróbowałam nowych gier. Dobrze się bawiłam. Warunki w szkole pozwoliły na poznanie takich gier. Miałam okazję po raz pierwszy trzymać kij do gry w golfa i bajsbola. Te gry są bardzo popularne w Anglii.

Po lunchu pojechaliśmy znów ze studentami do hali sportowej w innej części miasta, gdzie odbywały się zawody sportowe dla młodszych dzieci. Zawody te sędziowali „nasi” studenci, a my znów obserwowaliśmy. Dzieciaki rywalizowały się w piłce ręcznej. Hala duża, obecni rodzice, nauczyciele i dyrekcje ze szkół. Nie bywam na zawodach szkół podstawowych, ale w porównaniu do naszych zawodów atmosfera bardziej radosna i spontaniczna.

Wróciliśmy do Worcester popołudniu. Udaliśmy się jeszcze grupowo do pubu, gdzie zamówiliśmy kolację. Jedną z rzeczy, za która nie będę tęsknić, to jedzenie. Moim zdaniem jedzenie w Anglii nie należy do rarytasów. Chyba że w Londynie, gdzie można zakosztować różnych kuchni z całego świata. Tutaj głodna nie chodzę, ale zachwycona nie jestem. Zamówiłam danie wegetariańskie. Dostałam ziemniak z warzywami w środku i groszek. Wszystko polane sosem pieczeniowym. Wersja dla wegetarian. Czas spędzony w pubie wspominam miło – można było zintegrować się z grupą i poćwiczyć angielski.

Piątek

Dziś wizyta w szkole w Worcester. Wiek dzieci 11-16 lat. Rano zgodnie z mapą przygotowaną przez Kabbbie udałam się do szkoły. Piechotką miałam 10 minut. W szkole trochę inaczej niż w tych poprzednich. Nauczyciel miły, ale bardzo przepisowy. Pilnował nas. Duży respekt wśród dzieci. Oglądaliśmy lekcję, pomagaliśmy w zajęciach, uczestniczyliśmy w jego spotkaniach z klasą. W jego szkole wychowawca spotyka się każdego dnia ze swoją klasą. Rano przed rozpoczęciem lekcji i około 13.00, żeby pogadać co dziś w szkole się działo. Potem dopiero udają się na lunch. Społeczność szkolna tutaj bardziej zróżnicowana, dużo dzieci z rodzin tzw. trudnych. Na przerwie lunchowej nie wiele brakowało a dostałabym butelką, którą jakiś uczeń rzucił w moją stronę. Zawołałam go i jednoznacznie dałam znać, że to karygodne zachowanie. Przeprosił mnie, ale już sam fakt, że coś takiego miało miejsce, daje do myślenia. Czy w mojej szkole ktoś odważyłby się na coś takiego? Poza tym incydentem miło. Ktoś podszedł zagadał, ktoś się przywitał. Plac szkolny, gdzie można usiąść, ogromnych rozmiarów. Zresztą boiska zewnętrzne też ogromne. Miejsca na zjedzenie lunchu dużo. Oprócz stołówki, ławki na zewnątrz i w środku budynku. Dzieci na terenie szkoły nie płacą pieniędzmi np. w stołówce, tylko dopisuje się to do ich „rachunku”. Nauczyciel opowiadał też jak dużo czasu spędzają na boiskach zewnętrznych, także zimą. Tutaj wejścia do szkół są dobrze pilnowane. Trzeba mieć zgodę na wejście, identyfikator. Poza tym przechodzenie z jednej części szkoły do drugiej wymaga identyfikatora. Spotkania wychowawcy z uczniami pozwala bardzie kontrolować klasę, obecność na lekcjach. Ma też wpływ na bliższą relację i poznanie każdego ucznia.

Mój czas spędzony w szkołach dobiegł końca. Było to dla mnie bardzo cenne doświadczenie. Obserwacja lekcji, rozmowy z uczniami, wymiana opinii z innymi nauczycielami wychowania fizycznego bezcenna.

Sobota

Czas na drogę powrotną. Dziś wydrukowałam bilet powrotny na samolot.

Ostatni dzień kursu spędziliśmy na wycieczce do Oxfordu. Miasto rzeczywiście uniwersyteckie, nie wiadomo gdzie się zaczyna uczelnia, a gdzie kończy. Piękne wnętrza, nie wszędzie można wejść, ale sporo jest do zobaczenia i absolutnie jeden dzień to za mało. Pogoda dopisała, trochę padało rano, ale w trakcie wycieczki pięknie. Wyjechaliśmy rano autokarem. Dostaliśmy mapę i wyszególnione miejsce, które warto zobaczyć. W drodze do Oxfordu mieliśmy krótki przystanek w urokliwej wsi, gdzie mieszka jeden z premierów UK. Po Oxfordzie poruszaliśmy się w parach, grupach lub samotnie. Ja z mapą w ręku ruszyłam na podbój miasteczka. Mnóstwo turystów oraz studentów z całego świata. Niektórzy z grupy udali się na ostatnie zakupy, ja postanowiłam zwiedzić to, na co starczy mi czasu. Kilka osób już z Oxfordu nie wracali tylko dojeżdżali gdzieś na lotniska. Większość z nas wyjeżdża jutro. Wieczorem pożegnalna kolacja u Kabbie. Była bardziej uroczysta i mieliśmy gościa. Znajomy Kabbie, z którym już ciężej mi się rozmawiało. Jego wymowa szybka i mało staranna, więc zrozumienie było dla mnie nie lada wyczynem. Jednak atmosfera była przyjazna. Po kolacji pakowanie i tradycyjnie główkowanie jak uda mi się przebrnąć przez kontrolę z pewnym nadbagażem.

Niedziela

Rano po śniadaniu Kabbie odwiozła mnie na dworzec. Śniadanie dziś skromne. Byłam przygotowana i zabrałam kupiony wcześniej lunch. Autobus miał mnie dowieść do Londynu. W autobusie spotkałam nauczyciela matematyki z Niemiec. Wcześniej nie wiele z sobą gadaliśmy. W autobusie wymieniliśmy się uwagami odnośnie kursu. On też był zadowolony. Wyszedł wcześniej na przystanku przesiadkowym, skąd udawał się na lotnisko. Stamtąd miał wylecieć do Stuttgartu. Ja jadę aż do ostatniego przystanku, do Victorii w Londynie. Tam jeszcze nie byłam, choć pewnie w pobliżu tak. Jest to bardzo popularny przystanek w Londynie, stąd odjeżdżają pociągi, autobusy dalekobieżne i oczywiście jest połączenie komunikacją z miastem.

Wracam zadowolona. Znów podszkoliłam język angielski, choć wiem, że wciąż jest bardzo kulawy. Mam nadzieję, że wystarczy mi czasu i energii na naukę. Poznałam kolejne miasto w Anglii, które w porównanie z Londynem jest łatwe w „obsłudze” i spokojne. Mieszkałam w zupełnie innych warunkach niż w Londynie. Poznałam trochę system edukacji w Anglii i innych krajach Europy. Podpatrzyłam jak prowadzi się lekcje mojego przedmiotu w angielskiej szkole. Liczę, że trochę pomysłów wykorzystam. Oczywiście ich baza sportowa jest nieporównywalnie lepsza od mojej, ale mogłam trochę podpatrzeć innego spojrzenia na mój przedmiot. Bardzo jestem zadowolona z tych doświadczeń.

Oczywiście poznałam też nowych ludzi, wymieniłam doświadczenia z kolegami po fachu z Estonii, Litwy, Hiszpanii, Włoch, Portugalii, Węgier no i Polski. Byliśmy w silnej grypie aż 4 osób. Spędziliśmy trochę czasu wspólnie i świetnie się bawiliśmy. Na tym kursie była zdecydowanie większa integracja z mojej strony z grupą. Byli to ludzie w podobnym wieku, pracujący w tym samym zawodzie, no i czasu wolnego spędzonego wspólnie było więcej. Czas spędzony z tymi ludźmi uważam za świetne dopełnienie tego kursu.

Bożena Loda-Fila

Galeria Bożeny